L’entretien d’embauche

Muszę Wam powiedzieć, bo pewnie chcecie wiedzieć jak moja rozmowa o pracę. ;) Oj dawno na żadnej nie byłam, ale ta i tak była hm… o wiele bardziej poważna? Bardziej konkretna? Bardziej, bardziej ważna?
No nie wiem jak to dobrze ująć, ale to pierwsza poważna firma w moim życiorysie ;) Po pierwszej (telefonicznej) rozmowie to raczej nie spodziewałam się zaproszenia na drugi etap. Zamieszałam się już na części z językiem angielskim a na francuskim miałam wrażenie, że pogrążam się tylko bardziej. Z czystej ciekawości zapytałam babeczkę, kiedy mogę liczyć na odpowiedź. Jak usłyszałam, że do dwóch tygodni to w sumie na nic się nie nastawiałam a tu po dwóch godzinach telefon ;O Czy w środę mam czas?? Co miałam powiedzieć? Że nie? To wzięłam wolne w pracy xD W sumie skoro wracam do rodziców to i tak nie zależy mi już tak teraz na kasie ;) Od rana siedziałam nad excelem żeby nie było wstydu, że mam w CV a nie wiem jakie są funkcje xD I co? Pytań o excela nie było. W autobusie na ostatnią chwilę powtarzałam słówka i wyrażenia, które W kazała mi się nauczyć, ale przecież nie mogłam się nad tym skupić, bo tu już nerwy, tu wypatruję przystanek… A przystanek? No miał być koło lidla. Hm… no trochę się zagapiłam w notatki i jadę… Ocknęłam się na przystanku Osiedle Paderewskiego czy coś. Brzmi jakoś podobnie do tego co miało być, ale lidla nie było. Jedna babka w autobusie mówi, że mój przystanek to już był <3 Druga, że to następny i trzeba trochę pójść w dół… Jest lidl to wysiadłam. Z jednej strony duma, że jest lidl. Z drugiej strony to tej firmy to ja tu nie widzę. Czas jakoś przeskoczył. Ja nie wiem, gdzie jestem. Babki na przystanku zarzekają się, że ulica, której szukam to jest hen, hen dobry przystanek do tyłu jak nie dwa… Pytam o lidla. Czy jest gdzieś drugi w okolicy. No podobno nie ma. I co robić? Dzwonię przez ten mój popsuty mikrofon pewnie wcale mnie nie słychać. Słuchawki nie pomagają, bo chyba popsuło mi się gniazdo od słuchawek, ale dzwonię. Spanikowana mówię, że nie wiem, gdzie jestem. Łzy w oczach już blisko, ale jest lidl. No i jest praktiker. Ma być lidl i praktiker a jak są to, że to tu i mam iść do tego budynku. No to już jakaś ulga, że trafiłam. No duma max xD Na 4 piętro. Budynek 54A. 54 jest. Wchodzę. Babka na recepcji zero reakcji. Spoko. Nie trzeba się meldować, nie wyrzucają. Jest ok. A w środku. I co? I drzwi zamknięte. No świetnie. Powrót do babki na recepcję. "Dzień dobry, przepraszam, bo ja chcę wejść". Wpuściła. Z moim szczęściem to lepiej nie jechać windą, bo na pewno się popsuje a ja zawisnę gdzieś i umrę zanim ktoś mnie uratuje. Padło na schody. 1 piętro, 2 piętro… już trochę przyspieszył puls. 3 piętro zwalniam. Mijam to 3 piętro już trochę zmachana, ale jest 4. Wchodzę. I co? W lewo czy w prawo? Świetnie. Ryzyk fizyk. Idę w prawo. Jakiś ziomek akurat wychodził to wślizgnęłam się przez drzwi ;) I znowu recepcja. "Dzień dobry, ja na rozmowę o pracę. Do Pani JS" Jestem przed czasem. Przy takich perypetiach to akurat całkiem dobre osiągnięcie. To czekam. Chwila dla mnie. W końcu ogarnę te słówka. NIE. Teraz to dopiero stres zaczyna mnie zjadać. Na ścianie wypisane filary firmy. Czy trzeba to znać? Pewnie trzeba. W miała w notatkach. Druga ściana – założyciel. Pięknie. Jak patrzę to umiem, jak nie patrzę to nie umiem… Co robić? Słówka, filary, założyciel? Ratunku! Co ja tu robię?! W przyszła. Najpierw opieprz, że jak ja bez rajstop przyszłam, że tak się nie robi, że na rozmowę zawsze się zakłada. Potem coś żartuje. Mówi, że nie ma się po co stresować. No jasne. Na pewno nie ma. Nie umiem excela, nie znam francuskiego a jak mnie zapytają o angielski to już kompletnie zapadnę się pod ziemię. Ucieknę! No, ale trochę wstyd, bo już się zapowiedziałam, że jestem… Ech… Raz kozie śmierć. Idą po mnie. Kobieta się przedstawia. Zaprasza ze sobą. Już nie ucieknę, bo gdzie? Wchodzę do małego pokoiku. One dwie, ja jedna. Już przegrałam. Witam się, siadam i jedna zaczyna. Jakie stanowisko, co się robi, polityka firmy. Potem pytania. Najpierw o doświadczenie, potem o umiejętności. Jakie umiejętności?! Potem już tylko gorzej. Kilka pytań po francusku. Robię błędy. Zacinam się. Myślę. No przecież nie przemyślałam tych głupich odpowiedzi na te głupie pytania o zainteresowana, czas wolny. Najgorzej. Co dalej? Masakra. Mam tłumaczyć maile. Z polskiego na francuski. Brakuje mi słówek. No ale coś tam wydukałam. Nie jest to to co powinno, ale sens by się zgadzał. Z francuskiego na polski? HAHAHAHAHA. Co to jest za czas? Formuła? Zwrot? Nie da rady. Napisałam co wiedziałam i oddałam. To ten moment, kiedy wiesz, że dostaniesz 2 na kolosie, bo niby coś świta, ale nie wiesz co dokładnie i czujesz ten żal, że nic już nie wymyślisz, ale tak bardzo byś chciał… No. Najgorsze za mną. Babeczki tłumaczą, że to nie jest najważniejsze, że się douczę, że potrzebują z różnym poziomem języka. Czuję, że słabo mi poszło, ale tak jakby jest jakaś szansa. No chyba, że po prostu nie chcą być wrednymi sukami i tylko mnie pocieszają. No ale znowu nadają, że jak praca wygląda, jakie są korzyści, że benefity, że opieka medyczna… Ile chcę zarabiać? Od kiedy mogę zacząć? Czy ja mam pytania? Że na pewno kadry zadzwonią. No to teraz zaczekam.
Cordiallement,
dobranoc,
ja.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.